G. Baczewski, Lewiatan: za dużo patologii na rynku pracy, za słaba realizacja programów

Pomimo nadal dużej stopy bezrobocia, w tym roku pracodawcom coraz trudniej będzie pozyskać potrzebnych im pracowników. Ci ostatni będą oczekiwać większych płac, a jednocześnie wcale nie poprawi się sytuacja dostosowania kwalifikacji pracowników do potrzeb rynku – ocenia w rozmowie z nami dr Grzegorz Baczewski, dyrektor departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan.

Jak ocenia Pan politykę aktywizacji zawodowej, szczególnie dopasowania strukturalnego podaży do bieżącego popytu?

– Dotychczas wprowadzono wiele instrumentów takiej polityki. W kilku przypadkach są one nawet pozytywnie ocenianie, jak np. bony na zatrudnienie, bony stażowe. Ale cieszą się one małym zainteresowaniem.

Dlaczego?

– Ich wprowadzaniu nie towarzyszyła żadna kampania informacyjna rządu, skierowana do potencjalnie zainteresowanych taką pomocą.

Wykorzystanie tych środków zależy od urzędów pracy, a te mogą coś robić, albo nie. Zgodnie z naturą ludzką, jak można mniej zrobić – to wybiera się tę opcję…

Sytuacji nie zmieniła ubiegłoroczna nowelizacja ustaw i instytucji rynku?

– Dość rewolucyjna zmiana w projekcie ostatniej ustawy dotyczyła możliwości zlecania wyspecjalizowanym podmiotom „najtrudniejszych” przypadków aktywizacji zawodowej, tj. osób zakwalifikowanych do tzw. trzeciego profilu pomocy. Te osoby potrzebują indywidualnego podejścia, pomocy, niekiedy wręcz poprowadzenia za rękę.

Takiego rodzaju działania mogą zlecać urzędy pracy. Wiele z nich ogłosiło nawet przetargi i je rozstrzygnęło. Niestety, gros z UP nie do końca wiedziało, jak zamówić te zlecenia, aby firma je realizująca wywiązała się ze zobowiązania: doprowadziła do zatrudnienia i utrzymania go przez nowo zatrudnionego przez dłuższy czas.

Rozumiem, że ocenia Pan ten program negatywnie?

– Ogólnie rozwiązanie oceniam pozytywnie, natomiast wykonanie często rozczarowuje. Z jednej strony, do przetargów startowały różnej klasy podmioty, niestety, także przypadkowe. Nie pomogły nawet zasady wynagradzania, tj. płatności w ratach dla pośredników, najwięcej, gdy dana osoba utrzymała pracę przez ½ roku.

Z drugiej strony, nie mamy dobrej informacji, jak ten program działa, ale można domniemywać, że gdyby był sukces, wiele osób by się tym chwaliło. Prawdopodobnie, gdy przetarg wygrał dobry wykonawca, to sprawy przybrały dobry obrót, a gdy słaby lub pierwszy raz to robiący – jest fiasko.

Inne narzędzia też są źle wykorzystywane?

– Nie chodzi tylko o wykorzystanie, ale raczej o to jak w praktyce urzędy pracy podchodzą do tych narzędzi. W tym roku jest np. ogromny problem z krajowym funduszem szkoleniowym, który sam w sobie jest sukcesem, lecz urzędy nie są przygotowane do efektywnego nim zarządzania. W założeniu, ma on działać na rzecz dostosowywania kompetencji pracowniczych do rynku pracy. Formalnie, już w ub. roku było duże zainteresowanie środkami z tego funduszu. Firmy mogą przecież dzięki nim elastycznie szkolić pracowników pod własne potrzeby, wniosek jest prosty w wypełnieniu, nie ma nadmiernej biurokracji, łatwo można znaleźć wykonawcę szkolenia.

Ale dziś widzimy, że już w połowie lutego zabrakło pieniędzy z tego funduszu. Dlatego, że w ub. roku był limit, szkolenia obejmowały pracowników powyżej 45 lat. W tym roku go zniesiono lecz nikt nie pomyślał, jak sensownie podzielić środki przy tak dużym zainteresowaniu. Konfederacja Lewiatan na jesieni przesłała do Ministerstwa Pracy rekomendacje zmian w KFS, ale niestety dokument ten został zignorowany.

Co więc się stało?

– Doszło to takich historii, że UP otwierał nabór i za godzinę zamykał okienko, bo skończyły się mu pieniądze. Albo ogłaszał, że jutro będzie przyjmował wnioski, lecz następnego dnia oświadczał, że właśnie wczoraj do godz. 15.00 zakończył proces ich akwizycji.

Są też takie historie, że dofinansowanie otrzymał samorządowy szpital lub spółka komunalna, lecz nikt poza tym. Dlatego, że i ten szpital i spółkę, podobnie jak wydawanie środków z funduszu, nadzoruje jedna osoba – starosta. W powiecie pieniądze przechodzą więc z ręki do ręki.

Jak Pan ocenia rolę publicznych agencji pracy versus agencje prywatne? Czy to niebo a ziemia, jak mówią niektórzy?

– Trudno je w ogóle porównywać. Prywatne agencje zatrudnienia działają na zlecenia komercyjne prywatnych firm – albo w celu pozyskania pracowników stałych, albo pracowników tymczasowych. One same mają też możliwość wyboru, z kim pracują. Szukają więc klientów, których są w stanie dobrze obsłużyć i zarobić. Ich misją jest osiągnięcie efektów finansowych, zarabianie pieniędzy na usługach na rynku pracy.

Tymczasem na UP spoczywa obowiązek aktywizacji wszystkich osób szukających pracy.

Czy to jest powodem różnej efektywności działalności obu typów agencji?

– I tak, i nie. UP są finansowane ze środków publicznych, to po pierwsze. Po drugie, nadal do tej pory nikt ich nie rozlicza z wyników. Można więc zakładać, że za celem działania UP jest rozdysponowanie środków, które otrzymują na politykę aktywizacji, z różnych tytułów i instrumentów. Jak to zrobią w terminie i w 100 proc., to uważają, że dobrze wykonały robotę.

Mylą misję z funkcją?

– UP powinny działać na rzecz ograniczania bezrobocia i doprowadzenia do zatrudnienia osób, które rejestrują się w nich, co powinno być meritum ich działalności. Tymczasem zajmują się upłynnieniem przydzielonych im środków.

Jeżeli ktoś nie zmieni tej sytuacji, nie wprowadzi kryterium rozliczania z efektów pracy – to nadal będą tak samo funkcjonować. Niezależnie od tego, jakie instrumenty i jakiej wysokości środki się im przyzna.

Co jest jeszcze chore w polskim rynku pracy? Np. to, że część osób idzie do UP tylko po pieczątkę statusu „bezrobotny,” aby korzystać z publicznej opieki zdrowotnej?

– Taki poziom bierności jest z pewnością patologią, nie tylko w Polsce. W wielu krajach jest pewna grupa osób, deklaratywnie bezrobotnych, które w jakiś sposób nauczyły się żyć z innych źródeł niż praca, w tym ze świadczeń społecznych.

Nowym takim źródłem mogą stać się hojne świadczenia z programu 500+ na drugie dziecko i można tylko szacować, jak to przełoży się na wzrost liczby bezrobotnych, może nawet już w kwietniu.

Winny jest słaby charakter ludzi czy nadmiernie socjalna polityka państwa?

– Tego typu patologie w dużej części mają korzenie w istnieniu innej patologii – szarej i czarnej strefy zatrudniania.

W Polsce słychać powszechny lament, szczególnie MŚP, że koszty pracy są wysokie, co pogarsza ich konkurencyjność. Jednak w porównaniu z innymi krajami nie są one faktycznie wyższe, a problemem w istocie jest to, że muszą konkurować z firmami, które nie płacą podatków i składek na ubezpieczenia społeczne.

Na polu jej ograniczania państwo nie ma też sukcesów.

– Więcej, ta patologia zaniżania kosztów pracy do pewnego stopnia jest wymuszana przez działanie… polityk publicznych.

Mamy ustawę Prawo zamówień publicznych, która jest tak skonstruowana, że praktycznie w 97 proc. wszystkich przetargów na rzecz instytucji państwowych i samorządowych najważniejszym kryterium wyboru jest cena. Aby ją zbić i wygrać, jedna grupa oferentów robi to, do czego nie posuwa się druga grupa – zatrudnia ludzi na czarno albo na inną umowę, niż powinna być.

Jak Pan ocenia projekt PiS z kampanii wyborczej Narodowego Programu Zatrudnienia.

– On powstał w 2012 roku i w zasadzie bez zmienionej wersji był prezentowany w kampanii wyborczej. Tymczasem nie uwzględnia, że wiele ówczesnych postulatów już zdezaktualizowało się, ponieważ była np. nowelizacja ustawy o promocji zatrudnienia.

Ale projekt jest niebezpieczny z tego względu, że proponuje dodatkowe dwie składki obciążające zatrudnienie, obok już płaconej na Fundusz Pracy i Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych oraz PFRON.

Zarazem istnieje wątpliwość, czy z proponowanych w tym programie instrumentów zechcą skorzystać pracodawcy. A to dlatego, że aby otrzymał dotację na nowo zatrudnionego pracownika, pracodawca musi zapewnić mu dwuletni okres zatrudnienia. Wielu przedsiębiorców się boi, czy utrzyma przez taki okres firmę, a tym bardziej nowe miejsca pracy. W efekcie, zabierze się pieniądze pracodawcom na fundusze, które mogą pozostać martwe.

Jaka jest ogólna Pana ocena tegorocznej sytuacji na rynku pracy?

– Pomimo nadal dużej stopy bezrobocia, w tym roku pracodawcom coraz trudniej będzie pozyskać potrzebnych im pracowników. Ci ostatni będą oczekiwać większych płac, a jednocześnie wcale nie poprawi się sytuacja dostosowania kwalifikacji pracowników do potrzeb rynku.

Zarazem nadal będzie niski, relatywnie wobec krajów zachodnich, poziom zatrudnienia. U liderów przekracza on 70 proc. (pracujących w wieku 20-64 lat), u nas wynosi ok. 64 proc. Jeżeli chcemy się wzbogacać i rozwijać, to poziom zatrudnienia musi rosnąć. To z pracy przecież bierze się bogactwo.

dyplom
Wielkopolski Związek Pracodawców Lewiatan
ul. Grunwaldzka 104
60-307 Poznań
tel. 61 657 60 51
tel. 691 98 68 68
biuro@wzp.org.pl
www.wzp.org.pl
konfederacja lewiatan
Copyright by MindsEater