Alfabet Giganta, czyli wszystko, czego nie wiecie o Andrzeju Byrcie

Andrzej Byrt, Gigant 2012, to człowiek renesansu. Ekonomista, który ceni literaturę i sztukę. Dyplomata, który cytuje Senekę, Woltera, całe wiersze Szymborskiej. Optymista, który lubi biegać długie dystanse. Prezes, który szeroko otworzył bramy MTP dla poznaniaków.

Wikipedia pisze o Andrzeju Byrcie m.in.: ur. w 1949 r. w Poznaniu, absolwent Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Poznaniu [dziś UEP – red.], skończył handel zagraniczny, dr nauk ekonomicznych, ambasador Polski w Niemczech w latach 1995-2001 oraz 2002-2006, wiceminister współpracy gospodarczej z zagranicą (1992-95) oraz spraw zagranicznych (2001-02), w latach 1978-86 oraz 1992-95 zawodowo związany z MTP, dziś ich prezes.

Wikipedia nie pisze, że Andrzej Byrt to m.in. dziecko Targów, maratończyk, mól książkowy, człowiek, który potrafi zjednać sobie gubernatora Szanghaju bajką usłyszaną w dzieciństwie od ojca. Nie dowiecie się też z Wiki, jaki jest ulubiony film Andrzeja Byrta, co mu się przydarzyło w Brukseli, a co Nowym Jorku. Tego dowiecie się z Alfabetu Giganta.

A – Ambasador

– Nigdy w życiu nie sądziłem, że nim będę. Miałem sympatycznego polonistę w szkole podstawowej, który mi wróżył, że zostanę księdzem, nauczycielem albo politykiem. Księdzem nie zostałem, nauczycielem akademickim byłem, politykiem nigdy być nie chciałem.

Z ambasadorem to był przypadek. Negocjowaliśmy umowę Polski z EFTA [Europejskie Stowarzyszenie Wolnego Handlu – red.], często jeździłem do Wiednia, gdzie niemal zawsze towarzyszył mi w oficjalnych rozmowach ambasador Władysław Bartoszewski. Gdy prezydent Lech Wałęsa powierzył mu stanowisko ministra spraw zagranicznych, Bartoszewski zaproponował, bym został ambasadorem w Niemczech.

B – Berlin i Bruksela

– Spędziłem 10 lat w tych dwóch miastach. W Brukseli byłem w 1970 roku. Studenci Akademii Ekonomicznej mogli wtedy wyjechać na praktyki w ramach AIESEC. Pierwsze wrażenie było bardzo… pracowite. Pracowałem w firmie produkującej okna, ale zarobki nie były duże – sto dolarów. Zatrudniłem się więc nielegalnie, jako sprzątacz biur. A ponieważ mówiłem paroma językami, zostałem szefem Hiszpanów. Każdy z nich miał fiata 500 i objechaliśmy w weekendy cały Beneluks.

C – Czas wolny

– Nie mam. Wiem, co to jest, ale nie potrzebuję. Mam wielką radość z pracy. Los sprzyjał temu, że praca była dla mnie zawsze czasem wolnym: mogłem komponować sobie zajęcia, realizować w pracy siebie i swe pomysły. Nie mam więc czasu wolnego, choć wiem, że dla wielu ludzi głupio to brzmi. Bo czas wolny to dla wielu z nich odskocznia od nudy pracy, jej ciężaru i szkodliwości.

D – Dyplomacja

– Duża umiejętność życia codziennego. Zaczyna się od negocjowania z babcią pierwszej lub drugiej zaliczki na lody. Dyplomacji uczymy się w rodzinie. Rzadko komu udaje się trafić do profesjonalnej dyplomacji, ale w domu reprezentujemy swój interes w odniesieniu do innych członków rodziny i centralnych zarządców – rodziców czy dziadków.

Ciekawa przygoda? Mógłbym tak powiedzieć o dyplomacji w moim przypadku. Przede wszystkim o dyplomacji gospodarczej. Było mi dane uczestniczyć w największych negocjacjach gospodarczych Polski po tym, jak staliśmy się państwem demokratycznym. To była umowa o handlu z UE, umowa stowarzyszeniowa z UE, umowy w ramach CEFTA [Środkowoeuropejska Strefa Wolnego Handlu – red.], udział w słynnej rundzie urugwajskiej GATT i powołanie Światowej Organizacji Wolnego Handlu (WTO). Potem były, w latach 1993-94, twarde negocjacje z Amerykanami, którzy nie chcieli nas wpuścić do WTO. Wreszcie negocjacje z Republiką Federalną Niemiec o kasacji polskiego długu wobec NRD czy długu gierkowskiego z Japonią, dalej wejście Polski do OECD… To były kluczowe dla Polski gospodarcze i finansowe negocjacje lat 1989-95. Nie wysiadałem praktycznie z samolotu, o zwiedzaniu nie było mowy – lotnisko, hotel, sala negocjacyjna i z powrotem lotnisko. Zdarzało mi się w ciągu tygodnia pięciokrotnie zmieniać kraje. Ten magiel negocjacyjny był wyczerpujący, ale fascynujący jednocześnie.

E – Ekonomia

– Mówi Pani, że młodzi ludzie nie czytają w gazetach stron gospodarczych? Że ich to nudzi? Ale przecież życie każdego z nas poddane jest nieodwracalnym rygorom ekonomii! Czyli umiejętności osiągnięcia maksymalnych celów z dysponowanych środków albo odwrotnie – zrealizowania celów, które sobie zakładamy, przy możliwie minimalnych nakładach. Kto tych reguł nie przestrzega i nie respektuje w życiu, ten prędzej czy później zbankrutuje, wpędzi rodzinę w tarapaty. Ekonomia to ciągłe pamiętanie o tym, że dwa plus dwa daje cztery, a nie sześć. Kto tego nie pamięta, wyda 2 zł, których nie miał. O nas, poznaniakach, często mówią, że jesteśmy sknerami, że nic, tylko byśmy liczyli. A nie zapominajmy, że ten, kto umie liczyć, może mieć też i inne przymioty – być wspaniałym poetą, muzykiem, skoczkiem w dal czy maratończykiem.

F – Film

„Pociągi pod specjalnym nadzorem” [na zdjęciu – red.]. Mam ten film w trzech czy czterech egzemplarzach, które dostałem od kolejnych ambasadorów Republiki Czeskiej, bo znali moją słabość do tego dzieła. „Pociągi…” to jest coś, co w Czechach lubię. Może dlatego, że mój ojciec pochodził z Zaolzia. Czechy są u nas traktowane nieco prześmiewczo, jako kraj, który nie potrafił wyciągnąć szabelki i walczyć. A to jest społeczeństwo innego typu, mają taki środkowoeuropejski nacjonalizm niewielkiego państwa, które musiało przeżyć w niesprzyjających okolicznościach, choćby w 1938 r., gdy wielkie mocarstwa opuściły Czechy w Monachium. W tym filmie pociąga mnie ogromny czeski przymiot charakteru – mówienie o rzeczach wielkich językiem codziennym. My, mówiąc o patriotyzmie, napinamy muskuły, a oni opowiadają o tym na małej stacyjce, gdzie ludzie oddają życie jakby przez przypadek. Wszystko to się dzieje na tle rodzących się uczuć młodych ludzi. Dla mnie to jest wzruszający film, zawsze mam taki ścisk w gardle, że nie będę dalej mówił.

Opowiem za to o Cannes. W 1973 roku byłem jedynym, który opisał w Polsce festiwal filmowy w Cannes. Przez przypadek. Wygrałem wcześniej konkurs z języka francuskiego wśród wszystkich studentów szkół wyższych w Polsce i dostałem cztery tygodnie pobytu w ośrodku francuskiego MSZ w Antibes, 13 km od Cannes. Przyjechałem i widzę, że dyrektor, który nas przyjmuje, chce przedrzeć zaproszenie na festiwal. Mówię, żeby mi je dał. A czemu? – pyta. Ja na to, że piszę do czasopisma „Student”. I tak opisałem festiwal w Cannes, w serii artykułów „W cieniu złotych palm”. „Sanatorium pod klepsydrą” Wojciecha Hassa dostało wtedy nagrodę specjalną.

G – Globalizacja

– To nieunikniony proces. Możemy mu rozsądnie asystować, dostosowując się. Świadomość ludzka ma zdolność do naprawy naszych zachowań, potrafimy się zbiorowo opanować po ekstremalnych wybuchach, jak po II wojnie światowej. W tym sensie powinniśmy uczestniczyć w globalizacji – naszą autokorygującą myślą w kierunku etycznego jej urabiania. Nie wolno nam uciekać przed globalizacją, przeklinać, lepiej się włączyć i mieć na nią wpływ.

H – Handel zagraniczny

– Zupełny przypadek. Chciałem iść na psychologię, potem na matematykę, ostatecznie poszedłem na ekonometrię. Ale wówczas w Poznaniu nie było wystarczająco chętnych. Stąd wziął się handel zagraniczny. Te studia były strzałem w „dziesiątkę”. Był 1967 r., nikt nie wiedział, że odejdzie Gomułka, przyjdzie Gierek i otworzy Polskę. W sposób ułomny, ale jednak. Raptem okazało się, że jest zapotrzebowanie na ludzi, którzy nie boją się świata. Poszedłem więc na kierunek „handel zagraniczny”, dostałem się, co nie było łatwe, bo o jedno miejsce walczyło 12 kandydatów, potem miałem prawie same piątki, skończyłem studia z pierwszą lokatą na roku. Jeszcze w trakcie studiów działałem w Zrzeszeniu Studentów Polskich, udało nam się wtedy wynegocjować pierwsze zagraniczne praktyki na Zachodzie, na katolickim uniwersytecie w Holandii. Wyobraża sobie pani? Po jednej stronie trzy uczelnie z socjalistycznej Polski, po drugiej katolicka uczelnia z Holandii. Ta wymiana trwa do dziś. A wrażenia mieliśmy niesamowite. Minus 10 stopni, pada śnieg, a tu wszyscy na zajęcia pedałują na skrzypiących rowerach. Dekadę wcześniej taka studencka wymiana nie byłaby w ogóle możliwa. Trafiliśmy na tych studiach naprawdę na fantastyczny moment.

I – Izrael

– Nigdy nie sądziłem, że będę miał tylu przyjaciół z tego kraju, których ogromną większość poznałem w czasie pobytu w Niemczech. Gdy zostałem ambasadorem, wiedziałam, że pojawią się tematy polsko-niemieckie, ale w rzeczywistości 90 proc. spraw, którymi się zajmowałem, to były sprawy polsko-niemiecko-żydowskie. Izrael stał się wielkim wyzwaniem w czasie mojego pierwszego pobytu w Niemczech. Niemieccy Żydzi, ogromna większość pochodząca z Polski i ci z Izraela, w wielu sprawach, zwłaszcza gospodarczych i historycznych, byli niezwykle pomocni Polsce w realizacji naszych celów na terenie Republiki Federalnej.

J – Jerozolima

– W Izraelu byłem po raz pierwszy w 2009 r. w czasie przygotowywania się do maratonu. Do Jerozolimy jeździliśmy z sąsiedniego Betlejem. Tam, na dziedzińcu Bazyliki Narodzenia Pańskiego, biegałem. W Jerozolimie wykorzystywałem do treningów trasę wzdłuż murów obronnych. Dziś więc Jerozolima kojarzy mi się z przygotowaniami do maratonu. Istnieje tu jakieś połączenie między jednym i drugim: maraton to był przecież bieg z dobrą informacją w starożytności, a Jerozolima to miasto, które od starożytności jest kolebką trzech wielkich religii monoteistycznych: chrześcijaństwa, judaizmu, islamu. Życie tej trójki jest niezwykle bolesne, nosi w sobie ciągłe zarodki konfliktu, ale też umiejętność wychodzenia z niejednego sporu za sprawą negocjacji. Noszę w sercu nadzieję, że te trzy społeczności, a dziś głównie dwie – muzułmańska i żydowska – potrafią znaleźć jeszcze za mojego życia jakieś rozwiązanie, które wielu ludziom na świecie przyniosłoby ulgę. Prawdziwy pokój na świecie nastąpi wtedy, gdy przedstawiciele tych dwóch religii rozstrzygną sprawy wzajemnego współżycia, również w Jerozolimie.

K – Książka

– Mamy dzisiaj internet i to bardzo dobrze, ale… Ja jestem molem książkowym. W szkole podstawowej co roku zdobywałem pierwszą nagrodę w ilości przeczytanych książek. Lektura była pierwszą rzeczą, dzięki której uzyskałem otwartość na świat. Dziś kupuję książki w sposób niepoprawny, nieraz całe naręcza wynoszę z księgarni.

Uwielbiam podróżować pociągami, bo mogę czytać. A jeżdżę sporo, jestem bowiem najtańszym delegatem Targów Poznańskich – mam już tę legitymację powyżej sześćdziesiątki, która daje 50 proc. zniżki. Od zawsze kupuję w Poznaniu książkę i czytam w drodze do Warszawy. Potem kupuję w Warszawie i czytam w drodze do Poznania. Ten zwyczaj kultywuję. I dlatego wolę jeździć koleją niż samochodem.

Rodzina twierdzi nieraz, że zagracam mieszkanie, że nie ma już wolnych miejsc na książki. A ja muszę mieć książkę na papierze. Mam czytnik, ale nie mogę się przestawić. Muszę podkreślać w książkach.

Dziś już właściwie przestałem czytać powieści, poza kilkoma arcydziełami – jak „Mistrz i Małgorzata” – do których zawsze się wraca. Czytam książki dotyczące życia społecznego. I dużo życiorysów historycznych. To jest wspaniała lektura także dla młodych ludzi, by mogli wyciągać z nich ważne myśli i wnioski dla siebie.

L – Laptop

– Stara maksyma rzymska „W zdrowym ciele zdrowy duch” jest prawdziwa. Ludzie, którzy się ruszają, są też kreatywni, lepiej myślą. Ruch intelektualny potrzebuje ruchu fizycznego. Jeśli tylko możemy, nie siedźmy za długo. Wiem, że musimy, bo to praca, komputer, laptop, telewizor, ale gdy się daje, podnieśmy cztery litery. Ja nawet tutaj, na MTP, zachęcam do ruchu, przecież na piąte piętro do prezesa można z parteru wejść po schodach. W maju ub. roku, gdy zorganizowaliśmy na Targach bieg z cyklu „Polska Biega”, jedna z uczestniczek wylosowała laptop właśnie dlatego, że ruch intelektualny potrzebuje ruchu fizycznego. Atrakcja tej nagrody polegała też na losowaniu, nie dostał jej wszak zwycięzca. A laptop miał być zachętą dla tych, którzy przyjdą na kolejną odsłonę akcji „Polska Biega” na MTP.

Ł – Łaska sprzyjającego przypadku

– To taki powiew okoliczności, który pozwala się znaleźć we właściwym czasie i miejscu bez naszego szczególnego udziału, choć – według Napoleona – przypadek sprzyja wyłącznie dobrze przygotowanym. Ja jestem urodzonym optymistą, co dla niektórych jest nieraz irytujące. Mam tego świadomość, ale nie mogę i nie chcę tego ograniczać. Czy więc przypadek mi sprzyja? Nie wiadomo. Mogę skończyć rozmowę z panią, spaść ze schodów i skręcić kark. Jednak dotychczas na łaskę sprzyjającego przypadku nie mogę narzekać.

M – Maratończyk

– Nigdy nie sądziłem, że pobiegnę maraton, choć dłuższe dystanse biegałem już podczas pisania doktoratu, żeby się nie zasiedzieć. Polubiłem długie bieganie. Gdy pojechałem do Brukseli, było tam mnóstwo terenów zielonych. Korzystałem i biegałem. Potem, jak jeździliśmy z żoną na wczasy, też zawsze znajdowałem lasek i biegałem. Podczas pracy w Warszawie biegałem ścieżką z Wilanowa do Powsina. W Niemczech mieszkałem nieopodal dużego parku, więc codziennie po pracy, wieczorem lub w nocy, robiłem dwie rundki. Gdy wróciłem do Poznania, uświadomiłem sobie, że zmarnowałem okazję, gdy byłem w Berlinie. Bo oni mają przecież jeden z największych i najpiękniejszych maratonów na świecie. Ale nie ma rzeczy nie do nadrobienia. Obiecałem sobie, że pokonam maraton na 60. urodziny. I udało się to zrobić w rodzinnym Poznaniu.

N – Nowy Jork

– To dla mnie miasto wielu wizyt i niezwykle sympatycznych spotkań. Także z polskimi Żydami. Niejedna sytuacja wyciskała łzy z oczu. Podczas rozmowy z pewnym rabinem usłyszałem, że mam podejść do okna. Piękny widok na Nowy Jork. I on mnie pyta, co widzę. Ja na to, że Nowy Jork. A rabin: – Widzisz Pan, Pan młody biznesmen z Polski, widzisz Pan Nowy Jork. A ja, stary Żyd z Miechowa, widzę ciągle mój ukochany stary Miechów.

To tak chwyta za gardło, że trudno dalej rozmawiać.

Albo: ilekroć jestem w Nowym Jorku zimą, idę na ślizgawkę. Tę przy Rockefeller Center, znaną z hollywoodzkich filmów. Idziemy raz ulicą niedaleko tej ślizgawki z kolegą z konsulatu. Skręcamy, maleńkie domki, duże okna… Siedzi szewc, jarmułka na głowie i stuka, kolejne okno – to samo, następne – znów. Mówię po polsku do kolegi z konsulatu: – Panie radco, to tak wygląda, jak ci szewcy u mnie na ul. Strusia.

Patrzę, a za uchylonym oknem młotek zawisa nad kopytem, i szewc, zwracając się do nas, pyta po polsku: – A szanowny pan mecenas to z jakiego miasta?

Oczywiście weszliśmy do środka. Takie historie co chwila zdarzają się w Nowym Jorku.

O – Obce języki

– Czytam i rozumiem w ośmiu, mówię w czterech, a do herbaty również po włosku, bo byłem kiedyś tłumaczem Teatru Ósmego Dnia z języka włoskiego. W latach 70. Teatr z Lechem Raczakiem i Ewą Wójciak, występował we Włoszech, gdzie działał silny ruch ulicznych teatrów studenckich. Od tego czasu jestem z Teatrem Ósmego Dnia zaprzyjaźniony, choć niestety od mego powrotu do Poznania nie udało mi się go jeszcze odwiedzić, pomimo regularnych zaproszeń.

Obce języki to okno na świat. Najlepsze i najcudowniejsze. Nieraz zaczyna się to od kontaktów z ludźmi, na przystankach, na dworcach. Mówić trzeba nawet wtedy, gdy nie umiemy jeszcze dobrze jakiegoś języka. Można go łamać, ale trzeba rozmawiać z każdym, kto chce rozmawiać z nami. Największa lekcja tolerancji zaczyna się od nauki języków obcych. Trzeba czytać, internet to ułatwia, w każdej chwili możemy czytać gazety w obcym języku. Dzięki temu poznajemy inne punkty widzenia pewnych zjawisk. A nauka języków obcych jest jak tysiąc dolców leżące na ulicy. Trzeba się tylko schylić.

P – Plaża miejska (na zdjęciu)

– W realizację tego projektu na MTP latem 2012 r. zaangażowało się wiele osób. Plaża powstała, bo bardzo zależy mi, by Targi były takim miejscem, w którym Poznań, poznaniacy będą mogli się odnaleźć. MTP nie mają być niczym wieża z kości słoniowej, do której nie można wejść.

R – Rodzina

– Miałem szczęście do dobrych rodzin. Zarówno mojej, jak i ze strony żony. Mój ojciec, jak już mówiłem, był z Zaolzia. Byli to potomkowie hugenotów francuskich przegonieni stamtąd w czasie wielkich wojen religijnych. Z Francji uciekali do Prus i dalej do Czech. Moja mama pochodziła z Wielkopolski, wspaniała, zawsze roześmiana kobieta, chyba po niej mam ten optymizm.

Mam cudowne zdjęcie rodziców w Poznaniu: idą al. Marcinkowskiego, z tyłu Muzeum Narodowe, z prawej bank, Biblioteka Raczyńskich. Mama ma na głowie toczek, ojciec kapelusz, wtedy tak się chodziło. Był czerwiec 1939. Ale nasza rodzina była w sumie szczęśliwa. Mieszkaliśmy w 20-metrowym mieszkaniu w pięć osób, na Małeckiego. Miałem dwóch braci, biliśmy się, co jest naturalne.

Ojciec czytał nam bajki. Codziennie siadaliśmy na kanapie i czytał. Była m.in. taka chińska bajka, którą zapamiętałem do dzisiaj i okazała się wytrychem w naszych relacjach z Chińczykami. Historia jest taka: pewien Chińczyk miał piękną córkę. Chciał ją za żonę oddać temu, kto sprosta wyznaczonemu zadaniu. Trzeba było jechać w wysokie góry, zimą, temperatura -20. Kto tam przetrwa noc i wróci, dostanie rękę córki zamożnego Chińczyka. W konkury uderza więc jakiś zamożny Chińczyk, lokaje wnieśli go w góry, postawili namiot, jedzenie, futra. A ten w namiocie zasnął i zamarzł. Ale był też ubogi kandydat, który miał tylko siekierkę. Całą noc ścinał drzewa, robił ognisko, które zakrzesał i przetrwał do rana. Historia jest bardzo prosta, morał z niej taki, że tylko pracą można osiągnąć rękę wspaniałej dziewczyny, a więc sukces. To jest oczywiście łopatologia, ale zapamiętałem tę bajkę, opowiedziałem, gdy mieliśmy na Targach Chińczyków. Gubernator Szanghaju bardzo się wzruszył i od tego czasu mam do niego na telefon wstęp do biura. A tam się trzeba umawiać ileś dni naprzód.

Rodzina żony z kolei, równoliczna jak moja, była i jest całodobowym pogotowiem wsparcia dla wszystkich, którzy mieli okazję znaleźć się w jej orbicie. Mój brat zresztą ożenił się był z młodszą siostrą mej żony. Życzyłbym wszystkim takiego rodzinnego, solidarnego grona.

S – Senior

– Absolutnie się nim nie czuję. Któregoś dnia pewnie się to stanie, to przecież nieuniknione. Ale dziś robię to wszystko, co tzw. młodzi ludzie – pływam, żegluję, jeżdżę konno, na nartach, biegam, chodzę po kawiarniach. Aby móc o sobie powiedzieć „senior”, trzeba mieć uczucie senioralności zarówno fizycznej, jak i intelektualnej. Wciąż go nie mam.

T – Targi

– Jestem dzieckiem Targów. Urodziłem się niedaleko stąd, na Małeckiego, róg Strusia. W linii prostej to od MTP jakieś 300-400 metrów. Chodziłem do podstawówki na Berwińskiego. Byłem na Targach w 1956 r. Nie widziałem słynnego pochodu, ale byłem na tych targach, po raz pierwszy otwartych w 1955 r. Grał wtedy Komeda, ojciec mnie na ten koncert zaciągnął. Nie wiedziałem wtedy, kim jest ten Komeda, ale pamiętam entuzjazm sali. Dla mnie też to było niesamowite. Co to za muzyka? – zastanawiałem się. Potem chodziłem do „Marcinka” [I LO im. Karola Marcinkowskiego, mieści się przy ul. Bukowskiej, na zdjęciu – red.]. No to w czasie Targów chodziło się tu i czyściło samochody zagraniczniakom, żeby dorobić parę groszy. Pucowało się auto za dolara i człowiek chodził jak panisko, w sześć tygodni dobrze się pracowało i można było kupić spodnie w Peweksie. Już na studiach – gdyż miałem łatwość uczenia się języków obcych – zacząłem dorabiać na Targach jako tłumacz. Pięć lat po studiach usłyszałem „Panie, co się Pan będziesz marnował na uczelni. Przyjdź Pan tutaj”. I tak to się zaczęło z moją pracą na MTP.

Targi powinny być otwarte. Za sprawą imprez o charakterze społecznym, jak choćby targi dla osób w wieku 50 plus czy dzięki miejskiej plaży. Najważniejsze, by ludzie mogli i chcieli na MTP wchodzić. By widzieli, co robimy i byli dumni z Targów, a nie tylko traktowali je jak zawalidrogę, która średnio raz na tydzień generuje korki.

U – Uniwersytet Artystyczny

– Dla wszystkich artystów, którzy obronili prace, MTP będą wielką galerią. Wystawiamy absolwentów na każdym piętrze biurowca, niektóre prace umieściliśmy w nowym centrum konferencyjnym. Jedną z hal MTP oddaliśmy studentom UA w Poznaniu na obronę prac dyplomowych. Od przyszłego roku będziemy wystawiali na Targach najlepsze prace obronione w roku poprzednim ze wszystkich uczelni artystycznych w Polsce. Mamy też wstępną umowę z Shenzhen, miastem partnerskim Poznania w Chinach, że będą targi sztuki polskiej u nich, a chińskiej – u nas. Otwarcie na Chiny ma zawsze pewien podtekst, brak tam poszanowania praw człowieka. Ale może młodym Chińczykom uda się to zmienić. Mam takie podobne marzenie jak z Jerozolimą – żeby to się udało rozwiązać jeszcze za mojego życia.

W – Wiceminister

– Funkcję wiceministra współpracy gospodarczej z zagranicą zaoferował mi rząd prawicowy, było w nim wówczas Porozumienie Centrum. A stanowisko wiceministra spraw zagranicznych – lewicowy rząd Leszka Millera. Nie miałem ambicji bycia wiceministrem, to była widocznie, zdaniem oferentów, potrzeba chwili. Przeszedłem na tym pierwszym stanowisku rządy od prawa do lewa, w sumie pięć gabinetów jako wiceminister współpracy gospodarczej z zagranicą. Do MSZ chciał mnie Włodzimierz Cimoszewicz. Powiedział, że jak przeszedłem przez tyle rządów, to widać, że jestem propaństwowcem.

Y – taka literka, która…

… sprawiała w moim nazwisku wiele kłopotów nauczycielom. Bardzo często pisali mnie przez „i”. A jak już pisali „y”, to na końcu zamiast „t” było „d”. Jak ktoś jeszcze to „d” napisał z rozmachem, to wychodziło „Byrol”. Przyzwyczaiłem się do tych problemów, korygowałem je zawsze ze stoickim spokojem. Najczęściej mówiłem, że nazywam się prawie jak ten amerykański admirał, który przeleciał nad Biegunem Północnym, tylko że pisał się on trochę inaczej na końcu [Richard Byrd – red.].

Z – Ziemia, Sala Ziemi

– Wybraliśmy tę nazwę, bo Ziemia to taki kosmiczny statek, na którym od milionów lat istniejemy. To brzmi i patetycznie, i banalnie. Ale coraz bardziej każdy z nas wie, jakim ona jest unikatem. Przez lata pracy w dyplomacji nauczyłem się, że trzeba robić wszystko, by nie skakać sobie na Ziemi do oczu, by o nią dbać. Sala Ziemi to największa inwestycja budowlana Targów ostatnich lat – nowoczesny obiekt dostosowany do organizacji międzynarodowych kongresów. Na ponad 13 tys. m kw. mieści się 38 sal konferencyjnych o regulowanej wielkości, przestrzenie VIP oraz sala widowiskowo-koncertowa dla 2 tys. osób. Od samego jej startu szybujemy z nią niezgorzej na polskim rynku konferencji i medialnych wydarzeń.

dyplom
Wielkopolski Związek Pracodawców Lewiatan
ul. Grunwaldzka 104
60-307 Poznań
tel. 61 657 60 51
tel. 691 98 68 68
biuro@wzp.org.pl
www.wzp.org.pl
konfederacja lewiatan
Copyright by MindsEater